po długiej przewie…

Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu… wiele rzeczy się wydarzyło… Praca nad sobą, bardzo intensywna…  Trwa już od kilku miesięcy i też dlatego na blogu pojawia się mniej wpisów… ale ten ostatni czas był szczególny…

Moje złamane serce… Rozczarowanie. Potem zmiana pracy… Operacja… Przyszedł czas żeby spróbować się poskładać, albo może pozwolić się rozsypać do konca, by to On zaczął na nowo stwarzać mnie… Nie wiem, czy doświadczasz czasem takiego stanu… stanu rozpadu siebie… sypię się wszystko i kiedy myślisz, że gorzej już nie będzie, właśnie wtedy coś jeszcze… Dla mnie czymś takim była operacja, której się teraz nie spodziewałam… Wiedziałam, że nastąpi… ale przecież plany miałam inne… Zawsze kiedy coś zaplanuje, to po prostu się nie udaje.

Dziś chcę tylko postanowić, że znów zacznę pisać… to nie jest łatwe, bo blog jednak ma bardzo osobisty wymiar… jednak chce powiedzieć, że będę się starać… Sama sobie to obiecuje… Czeka mnie teraz walka… okrutnie ciężka walka o harmonie, miłość, akceptację… Dziś znów uświadomiłam sobie, że nie jestem sama… że jest szansa… że On jest mocniejszy.

On, który mnie odkupił, zapłacił za to swoją krwią… Nikt nie zrobił dla mnie tak dużo, choć wiem, że moi rodzice wiele poświecili, nauczyciele wiele dali… Nikt nie dał tyle, co On… Postanawiam się tego kurczowo trzymać… w Nim jest moja nadzieja. A Ty ? z czym się zmagasz? Czy pozwalasz Mu, by Ci pomógł ?

Jeśli walczysz sam… to chce Cię powiedzieć: nie bądź głupcem… pozwól się kochać.  Nie ma lęku, którego On by nie pokonał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że boisz się podjąć ryzyko. On jest mocniejszy… nie rezygnuj z czegoś, dlatego,że osiągnięcie celu wymaga czasu… czas i tak minie, a On będzie trwał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że ktoś wmówił Ci, że to się nie uda… On jest mocną… jest Drogą! Warto zaryzykować… Wiem, co mówię…

ile razy?

Zastanawiam się dziś ile razy należy przebaczać… ile razy należy dopuścić popełniony błąd, wyrządzoną krzywdę, słowo, które zraniło, spojrzenie, które odebrało godność, myśli i intencje, które zabijały… Ile razy przebaczyć winowajcy…

Ewangelia mówi, że nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy… Ok, mogę wybaczać nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy komuś… a co, gdy przebaczyć muszę sobie? Ile razy mam wybaczać sobie?

Większość z nas jest najbardziej wymagająca wobec siebie samych… stawiamy sobie bardzo wysokie poprzeczki, wyznaczamy cele, zasady schematy… trzymamy się reguł, wizji… Przychodzi jednak taki moment, że kolejny raz zawodzimy samych siebie dokładnie w taki sam sposób jak zwykle… I co wtedy?

Myślę, że najtrudniej jest wybaczać sobie samemu. Tak dobrze znamy mechanizmy, jakie w nas zadziałały w danym momencie… intencje, myśli… czasem nawet tą walkę jaka się w nas toczyła… poczucie przegranej, jest czymś strasznym… jest czymś, co dobiera w pewien sposób nadzieje. Ale czy naprawdę kończy wszystko ?

Nie siedem a siedemdziesiąt siedem razy oznacza, że Ty i ja winni jesteśmy samym sobie nieskończone przebaczenie dlatego, że jeśli nie będziemy potrafić kochać siebie i sobie przebaczać, nigdy nie będziemy potrafili robić tego względem innych ludzi. Masz prawo czuć smutek – ale smutek nie obiera Ci możliwości przebaczenia; masz prawo czuć się sobą rozczarowany, ale to nie może przysłonić Ci miłosierdzia względem siebie.

Kochaj siebie, bądź dla siebie dobry, szanuj się i ucz tego, że jesteś najlepszą wersją siebie! Nie ma rzeczy niemożliwych… ale każda m swój czas i swoje miejsce, dlatego bądź dla siebie cierpliwy… Wiem, co mówię, bo ciągle uczę się być dla siebie dobra… Czasem jest to bardzo trudne, ale dziś kiedy czuje się zupełnie bezsilna i słaba wiem, jak bardzo tego wszystkiego potrzebuję. Daje Ci gwarancje, że takie podejście zmienia wszystko… Kochaj siebie, nawet jeśli inni tego nie robią…

wysuszone myśli.

Jeśli choć raz doświadczyłeś tęsknoty, zrozumiesz o czym dziś piszę…

Od jakiegoś czasu wzbiera we mnie ogromna tęsknota za tym, by być w bliskiej damsko męskiej relacji. Tak naprawdę nie umiem jej określić słowami, nie da się opowiedzieć o tym wielkim pragnieniu, które jest jak pustynia pragnąca wody… Kiedy zaspiasz i czujesz już nawet w fizyczny sposób tą tęsknotę, budzisz się a ona wciąż jest… tęsknota za ciepłem głosu, dotyku, spojrzenia. Tęsknota, która jest tak przenikliwa, że przygasza wszystkie dobre rzeczy, które się dzieją… Niby jest w moim życiu radość bo nadchodzą zmiany… Bo nowa praca. A jednak ta tęsknota jest tak wielka… tak ogromna… że reszta po prostu blaknie.

Tak naprawdę każdy z nas za czymś tęskni… Każdy… Co robisz z tą tęsknotą? Czasem jest tak, że tęsknota staje się czymś destrukcyjnym… pojawiają się myśli pełne kłamstwa i oskarżenia… bo gdybyś nie był taki… To chyba najgorsze z możliwych, gdy tęsknota zaczyna niszczyć… Czy jest jakieś rozwiązanie na tą sytuację ?

Bóg jest Wszechmogący, więc może zmienić wszystko, ale konieczne jest byśmy sami podejmowali walkę z tym. Jaką ? Tak naprawdę nie wiem. Ja stosuję dwie rzeczy: 1. odcinanie się od myśli i nie puszczanie ich  wodzy, 2. nazywanie tego co się dzieje we mnie i oddawanie tego Bogu. Ta walka jest trudna, ale wiem, że nie podejmując jej, jestem skazana na większy ból. Wiem, że Bóg potrafi zaspokoić każdą tęsknotę i pokonać w nas każdy lęk, konieczne jest jednak, abyśmy zaczęli z Nim wreszcie współpracować. Może to odpowiednie wyzwanie na Wielki Post ?

układanka…

Dziś czuję, że żadne z moich marzeń nie jest na wyciągnięcie ręki. Dziś czuje, że w pewien sposób moje serce zostało złamane przeze mnie samą, przez nadzieje, która okazała się tylko wytworem mojego spragnionego serca i umysłu. Dziś czuję, że jestem zupełnie bez siły, że znów moje plany legły w gruzach…

Wiesz, co ? Chwała Panu, że legły w gruzach. Chwała Panu, że dziś też nie jest tak, jak ja sobie to wymyśliłam. Choć to boli, choć to jest po prostu trudne… to dzięki Ci Panie, że nie realizuje się mój plan, bo może w końcu nauczę się cieszyć tym, co było dobre, a nie skupiać się na tym, co nie poszło po mojej myśli. Dzięki Ci Panie, że Ty już wiesz, co jest za zakrętem i masz dla mnie przygotowane o wiele więcej niż mogłam sobie wyobrazić. Dzięki Ci za każdy kryzys, smutek, ból, cierpienie, które mnie uczą być bliżej Ciebie.

Dzięki Ci, że znów uzdrawiasz moją duszę muzyką… może to ucieczka, a może to wyjście ewakuacyjne, nie wiem, ale wiem, że ta muzyka koi mój smutek, rozczarowanie, żal.. Muzyka dziś mnie otula, wypełnia, emanuje we mnie to, co czuje serce, a czego nie jest w stanie wyrazić.

Jeśli masz ochotę posłuchać:

Do operacji 6 miesięcy… może to 6 miesięcy wyzwania… na pewno temperowania mojego temperamentu… jeśli modlisz się czasem, to proszę pamiętaj o mnie… tylko tyle bym pozwoliła się prowadzić.

baszta…

Tak się zastanawiam, ilu z nas ma świadomość, jakie mechanizmy obronne w nas działają. Jak radzimy sobie ze stresem…Jak radzimy sobie ze złymi doświadczeniami… I czy owe mechanizmy obronne są rzeczywiście obronnymi, czy przypadkiem nie stają się czymś, co zabiera wolność…

Sama nie wiem, jak to wszystko zebrać w całość, ale od jakiegoś czasu pracuje we mnie ten temat. Niby mechanizmy obronne, a po latach okazuje się, że to coś, co bardzo często okazuje się być destrukcyjne. Niby stawiamy w okół siebie mury obronne, a w rzeczywistości zamykamy się w „lochach zamczyska” naszych lęków. Zranienia, niepowodzenia, porażki, których wciąż nie wybaczyliśmy sobie stają często takim więzieniem dla człowieka. Bo czasem łatwiej jest nie dać sobie czasem szansy… Bo przecież to i tak nic nie zmieni…

A jednak… co powie na to Biblia:

” Wołam do Ciebie
z krańców ziemi,
gdy słabnie moje serce:
na skałę zbyt dla mnie wysoką
wprowadź mnie,
bo Ty jesteś dla mnie obroną,
wieżą warowną przeciwko wrogowi” Ps 61, 3-4

Może warto pozwolić sobie, by to On wprowadzał nas na górę zbyt wysoką? Bo może tylko w ten sposób mogę zobaczyć, że tkwię we własnym więzieniu? Kiedy słabnie moje serce, pojawiają się we mnie różne myśli i słowa… najpierw zniechęcenie, potem próba racjonalizowania, potem rezygnacja, aż  w końcu agresja względem siebie. Dlaczego? Bo słabość dla mnie jest najgorszym możliwym stanem. A dziś czuje się okropnie słaba… od tygodnia siedzę chora w domu… od tygodnia żyje sama ze sobą, choć od czasu do czasu ktoś do mnie zajrzy… Od tygodnia przyglądam się sobie i widzę, że moje „mechanizmy obronne” od wielu lat skazują mnie na samotność… Dlatego dziś modlę się, by to On wyprowadził mnie na skalę zbyt wysoką dla mnie. Bo tylko z Nim jestem w stanie ją osiągnąć i tylko z Nim jestem w stanie wyjść z mojej twierdzy, więzienia, zamknięcia. Przede mną trudna droga… obym tylko pozwoliła się poprowadzić, Tobie też tego życzę.

wystarczy?

Minął prawie miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Tak naprawdę wiele się wydarzyło, ale tylko maleńką cząstką mogę się dzielić. Tak się dzieje, gdy serce nie współgra z rozumiem, a przynajmniej nie zawsze tak robi.

Ostatni miesiąc pokazał mi, że tak naprawdę nie ma takiej przestrzeni w życiu człowieka, której nie możemy nadawać nowego kształtu. Relacje, poczucie wartości, pasja, życie… Wszystko to, z czego składa się moja i Twoja codzienność, jest tak niesamowicie elastyczne. Czasem tylko wydaje się nam, że nic nie możemy zrobić.

No właśnie, czasem się nam wydaje. Kiedy przyłożysz ucho do serca drugiego człowieka, to wtedy naprawdę możesz usłyszeć jego bicie. Ten dźwięk, który zdradza uczucia, emocje, myśli… drżenie, które jest oznaką niepewności, bo każdy z nas jej doświadcza. Ja doświadczam jej bardzo dużo, a może życie w ostatnim czasie to pasmo lęków, niepokoju, obaw, trosk i zmartwień. O to, jak będzie, co się wydarzy,czy dam radę… Mam wrażenie, że idę na wojnę… Może dlatego zupełnie nie przypadkiem trafiam na Ps 37,5 ? Zachęcam Cię otwórz Biblie i sam przeczytaj, niech będzie to krok do zmiany…

Ufam Ci… nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę… to wystarczy… prawda?

inny kształt serca…

Może powinnam dziś napisać ode do nadwrażliwych… może wtedy znalazłabym odbiorców, którzy zrozumieją… Bo cóż znaczy inny kształt serca, skoro wszyscy wiemy, ja wygląda serce… Nie trzeba do tego studiować anatomii…

A może dziś w tym świecie na nowo musimy poznawać kształt serca, ale nie ten fizyczny, tylko ten duchowy, emocjonalny, uczuciowy… Po to byśmy mogli na nowo zacząć żyć, jako wolni i mocni w duchu ludzie bez ograniczeń?

Dziś moje serce zniekształca smutek i niezgoda. Wynikają one z wielu źródeł, ale spotykają się w jednym miejscu. W moim nadwrażliwym sercu. Dziś czuję się źle, ponieważ nie ma we mnie zgody na niesprawiedliwość ludzką, która nie wynika z niewiedzy… Ale jest całkowicie świadomym i dobrowolnym działaniem. Nie ma we mnie zgody na kłamstwa tego świata, nie ma we mnie zgody na zło… Wiem, zło dobrem zwyciężaj… tylko jak? Jak to czynić, kiedy ciągle wierzysz w to, że ludzie mogą się zmienić.

Usłyszałam wczoraj: „jak masz miękkie serce, to musisz mieć twarde… co innego”. Pytanie czy tak naprawdę musi być? Po ludzku tak, inaczej ludzie nas zgniotą, doprowadzą do śmierci… W takim razie jak być twardym nie pozwalając by serce stwardniało?

Jest taki fragment w Biblii: Pan moim światłem i Zbawieniem moim, kogóż miałbym się lękać?, Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę? (Ps 27;1)

Kiedy przyjmujesz takie słowo, jako prawdę, wtedy nie musisz się obawiać, że chcąc być „twardym” dla świata, stajesz się również wewnętrznie skamieniałym. Być może jest tak, że zwłaszcza my Nadwrażliwi, których serca mają inny kształt, potrzebujemy, by był Ktoś, kto wypełni nierówności, załata dziury i nie pozwoli skamienieć?

Dziś rano przeczytałam o śmierci młodej wolontariuszki Heleny. Posługiwała w Boliwii… być może wiedziała, że to nie jest łatwa praca, a jednak zdecydował się tam być. W życiu chyba właśnie o to chodzi, by kochać życie, bo wtedy łatwiej jest żyć, bo w miłości nie ma lęku. A kiedy żyję z tą świadomością, to nawet inny kształt serca zamiast być wadą, staje się zaletą. To co piękne spotyka nas znienacka. To co dobre, długo w nas kiełkuje. Po to byśmy mogli dawać życie na różne sposoby. By móc się zaopiekować słabszym, dać nadzieje wątpiącym, pocieszyć strapionych… Mamy wielkie zadanie przed sobą, zwłaszcza my… Nadwrażliwi o innym kształcie serca…

Heleno dla Ciebie dziś…

bliskość

„Szukaj bliskości nawet za cenę zranień. Jesteście sobie nawzajem potrzebni” Ks. Kaczkowski.

Te słowa ostatnio bardzo mocno we mnie pracują. Dla osoby, która wcale nie ma dużej łatwości w przełamywaniu swoich barier, to wyzwanie niemalże niemożliwe do zrealizowania. Bo przecież łatwiej jest uciec, łatwiej jest się schować, łatwiej jest udawać, że jest się silną i dającą radę. Łatwiej… ale o ile bardziej destrukcyjnie.

Często boimy się być zranieni, boimy się porażek, boimy się, że się nie uda. Zwykle te obawy wynikają z przeszłości. Jakieś sytuacje z wcześniejszych lat powodują w nas nawarstwiającą się niepewność, niedowierzanie, chęć ucieczki nawet przed podjęciem próby. Lepiej przecież pozostać w strefie komfortu, choć ona wcale nie jest komfortowa. Ile razy gniotą nas buty, w których udajemy, że wszystko jest ok. Ile razy kanapa czy fotel są dla nas bardzo niewygodne, ale udajemy, że nic się nie dzieje?

Kiedy nie staje z prawdą oko w oko, kiedy zasłaniam się jakimiś swoimi kłamstewkami o tym, że jest ok, choć wiesz, że wcale tak nie jest, wtedy tworzymy bardzo podatny grunt dla ziarna frustracji. Frustracja nie jest emocją czy uczuciem… jest zespołem napięć emocjonalnych… Jest czymś co posiada warstwy. Tu pojawia się pytanie, czy naprawdę chcesz żyć w taki sposób?

Dla ludzi wierzących, wyznających Chrystusa, jasne jest też to, że tu dokłada swojego ta „ciemna strona mocy”. Ale czy ja naprawdę chce słuchać kłamstw i w nie wierzyć? Czy pozwolisz sobie zmarnować życie na trwanie w kłamstwie i powolne zamrażanie swojego serca, na zabijanie swojego wewnętrznego dziecka, ma aborcję swojej duszy ?

Myślę, że pora iść na przód. Wystarczy już stania w miejscy, wystarczy już udawania, że jest ok. Wystarczy już życia na pół gwizdka. Jeśli chcesz żyć – żyj. Jeśli chcieć kochać – kochaj. Jeśli chcesz marzyć – to spełniaj marzenia.  Bo w życiu chodzi o coś więcej… może np o to by kogoś poczęstować mentosem ? ;) 

cisza…

Wracając wczoraj do domu, zauważyłam coś, co dla mnie jest ogromną przyjemnością… cisza… Lubię  w zimie ciszę… Ciszę oczekiwania na przyjście nowego życia, kiedy dźwięki zanikają, ptaki i owady milczą… Drzewa dźwigając ciężar śniegu i lodu wyczekują na ten moment, kiedy nastanie nowe. Lubię w zimie czekanie na wiosnę.

Wczorajsza cisza była dla mnie czymś tak szczególnym, że gdy dziś znowu usłyszałam i zobaczyłam ile w świecie jest hejtu i nienawiści po prostu przyszła mi ochota wypisać się z tego wszystkiego. Po prostu się wypisać… Nie rozumiem skąd na świecie jest tyle zła, niby wiem kto jest jego początkiem, ale nie rozumiem dlaczego w ludziach jest tyle jadu, tyle chłodu, tyle zamarzniętych serc… Dlaczego na tym świecie nie ma miejsca dla ciepła, bezpieczeństwa, zaufania, ciszy… Dlaczego nie ma przestrzeni dla Miłości. Dlaczego nie ma miejsca dla Tego, który chce dać wolność, życie, siłę…

Czasem czuję się bardzo zmęczona ludzką słabością, ułomnością, brakiem miłości… Czasem czuję się tak bardzo bezsilna wobec nienawiści tego świata. Czasem myślę sobie, że świat nie ma szans sam ze sobą… Że to już koniec… A zaraz potem przypominam sobie, że On się nami nie nudzi, że mimo, że swoi Go nie przyjęli, On przyszedł na świat… W ludzkiej słabej postaci, bym dziś i ja mogła rozumieć… Bym mogła wierzyć, mimo wszystko wierzyć, że ludzi dobrej woli jest więcej… Bo jesteś Ty. Że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim…którzy trwają w NIM. Że dopóki będziemy nieśli Dobrą Nowinę jest szansa… Pomimo, że dziś między ludźmi jest tyle łez, pomimo, że nie ma miejsca dla Niego w wielu sercach, to On trzciny nadłamanej nie złamie i nie zgasi knota o nikłym płomieniu.

I choć coraz częściej marzy mi się by zamieszkać daleko od ludzi, by nie widzieć tej nienawiści i hejtu… to wiem, że jestem powołana do tego by zanieść Go tam, gdzie bez Niego nie ma szans na nowe. Przyłączysz się?

budulec

Żeby budować relacje trzeba być… takie proste zdanie, a wstrząsnęło mną dziś mocno. Wypowiedziane delikatnym kobiecym głosem tak dobrze znanym… Głosem o barwie przesiąkniętej miłością. Żeby budować relację, trzeba być… Pytanie tylko, co znaczy być?

Czy być, to tylko kontakt fizyczny? Spojrzenie oczu? Możliwość słyszenia czyjegoś głosu? Co w takim razie z niemymi, niesłyszącymi, niewidomymi? Czy być to tylko móc kogoś dotknąć, musnąć dłoń, przytulić? Co zatem z tymi, którzy nie mają rąk?

A może być to myśleć, czekać, czuć, pamiętać? w zasadzie, co naprawdę oznacza być?