Kobiecość…

Nie jestem słabą kobietą. To jest dla mnie tak zaskakujące odkrycie, że dziś chce się tym z Tobą podzielić. Choć jestem zaledwie trzydziestolatką, to doświadczyłam naprawde wiele trudnych i bolesnych chwil. Począwszy od tego, co wydarzyło sie kiedy byłam jeszcze dzieckiem, przez śmierć bliskich mi osób, decyzje o samodzielnym życiu daleko od rodziny, aż do tych momentów, kiedy postanowiłam kochać tych, którzy w jakimś większym lub mniejszym stopniu, złamali moje serce.

Nie jestem słabą kobietą, choć taką sie czułam przez to, że często nie dawałam rady. A dziś zobaczyłam jakby jaśniej… że bycie silną oznacza umiejętność bycia słabą. Paradoks? Otóż nie..

W Ewangeli wg św. Jana opisana jest sytuacja, gdy umiera Łazarz. Marta i Maria oczekiwały na przyjście Jezusa, by uzdrowił ich brata. Jezus przychodzi po czasie, Łazarz umiera… i tu jest klucz do mojego dzisiejszego oświecenia. Marta kochała swojego brata, ale rowniez kochala swojego przyjaciela Jezusa do tego stopnia, że okazuje swoją słabość. Marta wypowiada słowa: gdybyś tu był mój brat by nie umarł. No to mu poleciała.. Marta była po prostu sobą.

A ja? Jakis czas temu odkrylam ze jestem w duzej mierze melancholikiem. To bylo dla mnie trudne odkrycie, ktore bardzo pomoglo mi otworzyc sie na to kim jestem naprawde. Choć jako kobieta jestem delikatna, to mimo to jestem silna kobieta. Bylo w moim zyciu wiele sytuacji, gdzie moja delikatność okazała sie siłą, bo dzięki temu mogłam kochac. Jestem krucha, a mimo to jestem silną kobieta, bo moha kruchość jest szansą dla mężczyzn, którzy dzięki temu nauczyli sie troszczyć o to co kruche. Tylko dzieki temu moje życie moglo stać sie dla innych warsztatem pracy. Jestem czuła i ta czułość czyni mnie silną.

Dlaczego jestem silna? Bo kocham… i dzieki temu nieustannie pokonuje siebie. Wygrywam z moimi lekami. Bo wiesz… kiedy za oknem jest wiosna, nie poczujesz jej, dopoki nie otworzysz tego okna. Kocham… bo jestem kochana. Tak po prostu…

Co łączy mnie z ewangeliczną Martą po za imieniem i bezczelnoscią względem Pana Boga? Jestem kochana przez Niego, w końcu nazywa mnie swoją przyjaciółką, piękną i całą bez skazy. On jeden widzi mnie jako integralną całość. Wie, że moja słabość jest moją siłą, bo to On jest moją siła.

Szach mat! ;)

kot w pustym mieszkaniu….

Od rana dziś chodzi mi po głowie wiersz „Kot w pustym mieszkaniu”. Chodzę zatem razem z tym kotem, powtarzając wmyślach:

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci… (Szymborska)

Fragment po fragmencie… na zmianę (od kilku godzin leżąc na łóżku) słuchając Małgorzaty Hutek. Walczę z myślami. Nagle zaczynam rozumieć… To, co tak bardzo mnie dziś męczy, to dobijająca się do mnie świadomość, że nie daje sobie szansy. Boje się podejmować ryzyko. Książka, płyta, zmiana otoczenia… M. już jakiś czas temu zwróciła mi na to uwagę. Tyle szans nie podjętych… zawieszonych… zatrzymanych. Kiedy czegoś tak bardzo pragniemy… kiedy mamy do tego predyspozycje… kiedy wystarczyło by zrobić ten pierwszy krok… a wciąż jak zamurowani stoimy w miejscu.

Dlaczego? Na to pytanie odpowiedz sobie sam. Tęsknisz, ale się nie przyznajesz. Marzysz, ale potajemnie. Myślisz, ale udajesz, że coś innego zaprząta Twoją głowę. Jak w tym wierszu niby nic nie zmienione, a jednak pozamieniane…

Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi na myśl to: na górę zbyt wysoko wprowadź mnie…

Dziś jednak chcę Ci zaproponować coś jeszcze. Od kilku dni, choć nie jestem zbyt maryjna, modlę się tą piosenką:

harmonia siłą i tchnieniem…

Wakacje w Czaplinku, deszcz przeplata się ze słońcem, glosy dziecięce z muzyką bębniących kropel deszczu stukających o dach, albo z muzyką… Wiesz muzyką oddycham, więc biorę głęboki oddech i słyszę…

Istnieć nie znaczy żyć… Strzał w dziesiątkę. Pierwszy raz w tej piosence właśnie te słowa mnie dotknęły. Bo to prawda, to, że istniejemy, jeszcze nic nie znaczy. Istnieć nie znaczy żyć… Zatem, co znaczy żyć?

Dziś przychodzi mi taka inspiracja, że żyć znaczy błogosławić. Błogosławić podając kubek herbaty, błogosławić rozmawiając, dotykając, słuchając… Żyć to znaczy błogosławić pomimo wszelkich przeciwności. Wracając wczoraj do Czaplinka znalazłam się w bardzo ciemnym miejscu, brak światła jakiegokolwiek sprawił, że przegapiłam zjazd. Trzeba było zawrócić. Źle oceniłam odległość… To mogło się skończyć nie ładnie, bo nie ładnie wyjechałam na drogę wierząc, że zbliżający się samochód jedzie przepisową prędkością. Pomyliłam się. Ominął mnie i pojechał dalej… Dziś tamta sytuacja rodzi we mnie myśl, że można przestać istnieć w ułamku sekundy, ale kiedy błogosławimy, żyjemy zawsze. No tak, wierzę w życie wieczne. To niby takie proste, takie banalne.

Dziś układając puzzle, usłyszałam w piosence: Ufać, to milczeć i czekać cierpliwie… No tak słyszałam to milion razy i ciągle ten sam bunt, dlaczego niby tak ma być, przecież Jakub walczył z Bogiem. Może właśnie taka jest natura mojej kobiecości… by się poddać Jemu. By ująć Go za serce nie walką, ale swoją delikatnością, łagodnością, czułością. Stworzył mnie piękną, czułą, łagodną i delikatną kobietą… Więc…

„Kto jest słaby niech powie: Jestem bohaterem…” Joel wiedział, co mówił. Ja dziś czuję, że moja słabość, coś co wydawało mi się być słabością, tak naprawdę jest siłą. Delikatność jak płatek róży… łagodność, jak letnia mżawka… Czułość, jak dotyk matki… Piękno, jak wschód słońca… Harmonia… Siła, którą On daje, jest rozwiązaniem na słabość, którą przynosi świat. I to właśnie jest Jego wyraz miłość względem mnie i Ciebie. Jak na to odpowiesz?

gdy mówisz,że…

W nocy pisałam o pięciu a w sumie siedmiu językach miłości… Dziś przyszła mi jeszcze jedna myśl, o wiele ważniejsza… Taka, która przedziera się dziś przez mój smutek… Ktoś dziś mnie zranił… zrobił coś, co sprawiło, że poczułam się jakby wbito mi nóż w serce. Zwłaszcza kiedy robi to poniekąd dojrzały człowiek, którego traktujesz z szacunkiem i powagą. Czasem myślę, że jestem zbyt wrażliwa by żyć na tym świecie. Zbyt delikatna… zbyt czuła.

Dziś w obliczu tego, co się stało, kilku słów, które pokazały mi, że człowiek potrafi być po prostu podły… pomimo tego, co czuje, pomimo ogromnego smutku… Myślę, że jedynym wyjściem będzie przebaczyć i zamknąć za sobą drzwi. Rano w czasie Eucharystii usłyszałam w kazaniu, by żyć tu i teraz… Nie żyć przeszłością ani przyszłością, być po prostu tu i teraz… Pozwalam sobie czuć ten smutek i rozczarowanie. Pozwalam sobie czuć… ale jednocześnie przebaczam.

I myślę, że właśnie to jest największym językiem miłości.Przebaczenie… Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna Swego jednorodzonego dał… Miłość, która do końca się wypełniła… jako ta, która jest pierwowzorem wszelkiego przebaczenia. Pozwalam sobie czuć, bo wciąż modlę się… na górę zbyt wysoką, wprowadź mnie…

języki miłości, wino i…?

Zdarzyło mi się ostatnio mieć w ręku (a nawet przeczytać) książkę Gary Chapmana „5 języków miłości dla singli” Książka w bardzo prostu sposób przedstawia nam sposoby w jaki odbieramy czy wysyłamy komunikaty o tym, że ktoś jest dla nas ważny, że kochamy, że się troszczymy. Komunikaty, które wysyłamy do rodziny, przyjaciół, czy tej jednej szczególnej osoby.

Kochać można przecież na różne sposoby, byle by być w tym sobą. Można kochać mówiąc komuś słowa afirmatywne (to moja mocna strona), można kochać, pomagając komuś w drobnych uczynkach, choćby przyniesienie komuś wody, czy zabicie pająka, który np dla mnie jest przecież „śmiertelnym” zagrożeniem, albo poszukać książki o pająkach, wiedząc,że mnie to raczej przerośnie. Można kochać spędzając z kimś czas, nawet nic nie robiąc, albo dając komuś podarunki, czy dotykając w czuły i życzliwy sposób. Ja na przykład często podkreślam w ten sposób, że ktoś jest dla mnie ważny, dopiero kiedy kogoś dotykam, to naprawdę mu ufam. Można po prostu kochać na wiele sposobów.

No ale po co o tym piszę, skoro to takie oczywiste? Dlatego, że dziś chcę zwrócić Twoją uwagę na szósty i siódmy „język” miłości. Wszyscy jej potrzebujemy. Wielu z nas cierpi na anoreksje duchową bo nie doświadcza miłości. Widzę to zwłaszcza w internecie. Dziś zastanawiałam się, czy moje super zdjęcie na facebooku nie kreuje mnie w sposób nierzeczywisty, nawet zapytałam o to kogoś, czy moja prezencja w sieci taka nie jest. Myślę o tym dlatego, że tak bardzo pragniemy być kochane, zwłaszcza my kobiety, że często próbujemy pokazać się w lepszym świetle… a tym czasem? w Ewangelii Łukasza czytamy: „głodnych nasycił dobrami, bogatych z niczym odprawił”. Bóg pragnie nasycić tych, którzy są głodni miłością, ale chce nasycić prawdziwą Miłością bez wyuzdania, agresji, przemocy, cierpienia, sprzedawania duszy za substytut czułości i ciepła. On tych, którzy zapełniają swoje serca śmieciami, odprawia z niczym, bo nie ma już miejsca na Jego Miłość. Szóstym „językiem” miłości, są puste ręce, przyznanie się do słabości… Zwłaszcza kiedy robi to mężczyzna. Kiedy mężczyzna mówi, że potrzebuje pomocy, to prawdziwy heroizm. Tylko pustka może zostać zapełniona…

Siódmym „językiem” miłości, jest kawa, ciasto i wino! Jezus w czasie wesela w Kanie Galilejskiej, mógł zignorować brak wina, pozwolić aby para młoda poczuła się zawstydzona i upokorzona brakiem wina. To w końcu źle przygotowane wesele itd. Uwierz.. czasem miłość możemy okazać komuś wypijając lampkę wina i szczerze z kimś pobyć, rozmawiać, zwłaszcza kiedy jesteś kobietą i przychodzi do Ciebie kobieta, której serce zostało zranione.

Być może tych języków można by wyliczać w nieskończoność. Pytanie do Ciebie, jak Ty dziś okażesz miłość tym, którzy Cię otaczają ? Jak sam pozwolisz siebie kochać?

Pamiętaj: „Na górę zbyt wysoką… wprowadź mnie.”

Ps. kiedyś na studiach, w czasie sesji, pytam współlokatorkę: „Ania, jak po ang jest 24?” Po czym zaczynam odliczać ej, bi, si, di… <kurtyna>

cisza, która tworzy.

Minęły naprawdę długie miesiące od ostatniego wpisu… Ale nie dziwi mnie, że czytasz ten. Lubimy wracać do tego, co sprawia, że żyje się jakoś inaczej.

Mam za sobą długie tygodnie ciszy… miesiące, kiedy cisza stawała się moją przyjaciółką. Cisza jednak w przestrzeni pisania, nie rozmawiania. Zastosowałam się do zaproszenia (mojego własnego zaproszenia) i zaczęłam więcej rozmawiać, więcej mówić, mniej trzymać w sobie. Nawet nie wiesz, jak to mi wiele spraw pomogła rozwiązać. Czasem czuje się, jakbym była dla siebie największą zagadką. Hmm.. Lubię zagadki.

Cisza nauczyła nie, że nie jest końcem świata… ale naprawdę jest przestrzenią do zmian. Przestrzenią do tworzenia, bo w ciągu ostatnich tygodni powstały 3 nowe piosenki… Cisza prowadzi mnie do spotkania z Nim. Dziś myślę, że to On wyprowadził mnie na pustynie, choć wcale nie miałam ochoty parzyć sobie stóp o rozpalony piasek, ani marznąć zimnymi nocami.

Można by powiedzieć, że ten rozpalony piasek może być metaforą wszystkich tych prób, które podejmujemy by zmienić nasze życie. Każda zmiana boli, ale ten ból mija. Zaś zimne noce, to czas kiedy wątpimy, nie wiemy, co robić by było lepiej. Każdy z nas ma w życiu takie momenty.

Przychodzi mi dziś tylko jeden fragment z Biblii, fragment, który często się pojawia w moich myślach, jednak nie pamiętam, gdzie jest zapisany:

„Na górę zbyt wysoką wprowadź mnie”

Niech się zatem tak stanie, bo przecież w górach jest wszystko, co kocham… :)

4 nad ranem..?

Tęsknota, poczucie, że się coś spieprzyło… że nie tak miało być. Codzienne zmagania, bo w końcu życie to wspinaczka wysokogórska. Przychodzi moment, zatrzymanie, cisza… Głucha cisza, bo nagle nie ma nikogo, a nawet dźwięki gitary nie są kojące… Tęsknota, tęsknota i jeszcze raz tęsknota. Regres… Taka codzienność, którą wielu z nas stara się zagłuszyć. Lęk nabierający tak wielkiego rozmiaru, wręcz nierealnego i ta tęsknota…

Zagłuszamy, nie rozmawiamy, nie pozwalamy sobie przeżywać. Stajemy się dla siebie katem, trucizną, wyrokiem. Umieramy, choć myślimy że żyjemy. Umiera wrażliwość, delikatność, ciepło. Czy tak mus być? Jestem przekonana, że nie. Ty i ja potrzebujemy bliskości… Tylko tak trudno jest kogoś do siebie dopuścić skoro tak wielu ludzi nas zraniło choćby tym,że nie starali się zrozumieć, po prostu machneli na nas ręką. Rodzice, znajomi, nauczyciele… Czasem patrząc na ludzkie twarze, mam wrażenie, że ludzie krzyczą by dać im szansę… Sama wiem, jak trudno o to poprosić, jak trudno poprosić o to by ktoś przytulił, zwłaszcza gdy wpada się znów w fazę depresyjną…

Jednak Ewangelia… Łukasz o tym wyraźnie pisze… Ewangelia pokazuje jasno. Uczniowie w drodze do Emaus. Załamani, zdruzgotani, pozbawienie nadziej… Idą i rozmawiają o tym co się wydarzyło (Łk 24). Chcę Cię dziś zachęcić do tego byś porozmawiał… byś porozmawiała… Ja wiem, jak trudno się otworzyć, jak trudno się przyznać do swojej słabości… Mimo to proszę Cię… Porozmawiaj… Pozwól sobie uwolnić myśli… emocje… pozwól sobie stracić twarz… By móc znów kochać, marzyć, żyć… Nie tylko tęsknić… Pozwól sobie wziąć głęboki oddech. Gwarantuje – to ratuje życie.

perkusista, ukulele i On.

Bywają sytuacje tak zadziwiające, że czasem kompletnie nie chce się nam w to wierzyć. Myślałby kto, że można spotkać ludzi, którzy będą akurat potrzebnie dokładnie w tym miejscu, by wypełnić jakiś Boży zamysł.

Wczoraj poznałam w internetach perkusistę. Porozmawialiśmy sobie dłuższa chwilę o muzyce… On podzielił się swoimi doświadczeniami, ja swoimi. Nawet posłuchał jednego nagrania komentując, że głos mam dobry… Że jak już będę mieć gotowy projekt płyty… to że on ze mną chce nagrywać. Głęboko zaskoczona byłam i chyba wciąż jestem… Myślę sobie: Paulinka zgra na wiolonczeli, Agatkę namówię na drugą gitarę i wokal… Brakuje tylko instrumentu perkusyjnego… no i masz…

Dziś wracając z miasta do mieszkania (zalecenie chodzić codziennie żeby szybciej wrócić do formy po operacji), przechodzę obok muzycznego, myślę: wstąpię, zapytam o ukulele…”Przypadkiem” w sklepie był mężczyzna grający od lat na ukulele (nie był to sprzedawca), który odpowiedział na wszystkie moje wątpliwości…

Jeśli Boże w ten sposób upominasz się o moją muzykę, to ok… Odbieram te znaki! Polecam otworzyć szeroko oczy i serce, bo nie wiesz co Cię czeka… być może, ktoś wyjątkowy stanie dziś na Twojej drodze?

samotność nie dla wszystkich?

Pod koniec rozmowy z M. usłyszałam, że nie rozumie, jak to możliwe, że otacza mnie tylu ludzi, mam tak liczną rodzinę… a jestem samotna. Nie słyszałam chyba nigdy tak gorzkich słów nigdy w życiu. Gorzkich, jak zioła, które mają leczyć. Tak, to prawda, że prawda uzdrawia… Zwłaszcza ta, która jest, jak skalpel rozcinający starą zaropiałą ranę.

Jakiś czas temu zakochałam się we wspaniałym mężczyźnie… Człowiek wyjątkowy. Dobry, ciepły, uczciwy, potrafiący docenić moją wartość… a jednak nic z tego nie wyszło. Bardzo bolesne doświadczenie… bo to o czym marzę najbardziej, to być jednym z tym, który będzie chciał być jednym ze mną. O niczym innym nie marzę tak bardziej, jak o jedności małżeńskiej… To niepowodzenie wciąż jest bolesnym doświadczeniem, ale dziś odsłania mi się inny aspekt…

Trzeba umieć doświadczać samotności, by móc doświadczyć jedności. Przestałam wierzyć mężczyzną, bardzo trudno znów zaufać… Dziś oddaje to Mojemu Ojcu Niebieskiemu… ale przez ręce mojej Mamy…Tej, która pierwsza zgodziła się na ogromne cierpienie samotności, po utracie tego najcenniejszego… Trzeba umieć doświadczać samotności… to znaczy potrafić być ze sobą sam na sam. Dziś do mnie dotarło… że to nie jest przypadek, że mieszkam sama… że to jest czas odkrywania Prawdy. Prawdy o tym, jak złe mam zdanie o sobie… Jak bardzo nie potrafię widzieć w sobie tego, co Dobry Bóg złożył w moje serce… Poczucie bycia gorszą… W nocy do mnie dotarło… bardzo trudne i bolesne doświadczenia z dzieciństwa… czas,w którym nie potrafiłam się obronić, dziś sprawiają, że nie potrafię widzieć swojej wartości. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, że to czas przebaczenia… Ale przebaczenia nie tylko tym, którzy mnie ranili, ale także sobie tego, że nie umiałam się obronić… Że moja wrodzona nadwrażliwość nie potrafiła być skałą. Żeby potrafić doświadczać samotności, trzeba kochać siebie naprawdę. Kochać siebie w całości Jego Miłością. By zgodzić się z samotnością trzeba potrafić ją przyjąć nie jako przekleństwo, ale jako czas błogosławieństwa… Czas przebywania we własnym Ogrójcu… Dokładnie tak, jak robił to On… Jezus przed męką, śmiercią… Ale także Zmartwychwstaniem.

Myślę… nie wierzę, że On jest ze mną w każdym momencie… Wierzę, że chociaż nie mógł zatrzymać moich oprawców… to dziś przychodzi z uzdrowieniem… Swoją Miłością oczyszcza moje rany… Pozwala przebaczać… poznawać Prawdę… Prawdę o sobie. Prawdę, którą wypowiadają również inni ludzie, a ja nie umiałam tego przyjąć. Prawdę o tym,że jestem piękna, kobieca, ciepła, wrażliwa, czuła… nie tylko inteligentna, bystra i przedsiębiorcza.

Dzięki Ci Panie, za Prawdę, którą tak subtelnie dotykasz mojej duszy. Dzięki Ci, że stwarzasz na nowo… Panie niech przychodzi Twoje Królestwo byśmy mogli żyć w pełni Twojej chwały i mocy. Twoja jest chwała, Twoje Królestwo, Twoja jest Moc! Dzięki Ci Panie, za Twoją samotność w ogrodzie Getsemani, dzięki której ja mogę doświadczać Twojej obecności.

po długiej przewie…

Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu… wiele rzeczy się wydarzyło… Praca nad sobą, bardzo intensywna…  Trwa już od kilku miesięcy i też dlatego na blogu pojawia się mniej wpisów… ale ten ostatni czas był szczególny…

Moje złamane serce… Rozczarowanie. Potem zmiana pracy… Operacja… Przyszedł czas żeby spróbować się poskładać, albo może pozwolić się rozsypać do konca, by to On zaczął na nowo stwarzać mnie… Nie wiem, czy doświadczasz czasem takiego stanu… stanu rozpadu siebie… sypię się wszystko i kiedy myślisz, że gorzej już nie będzie, właśnie wtedy coś jeszcze… Dla mnie czymś takim była operacja, której się teraz nie spodziewałam… Wiedziałam, że nastąpi… ale przecież plany miałam inne… Zawsze kiedy coś zaplanuje, to po prostu się nie udaje.

Dziś chcę tylko postanowić, że znów zacznę pisać… to nie jest łatwe, bo blog jednak ma bardzo osobisty wymiar… jednak chce powiedzieć, że będę się starać… Sama sobie to obiecuje… Czeka mnie teraz walka… okrutnie ciężka walka o harmonie, miłość, akceptację… Dziś znów uświadomiłam sobie, że nie jestem sama… że jest szansa… że On jest mocniejszy.

On, który mnie odkupił, zapłacił za to swoją krwią… Nikt nie zrobił dla mnie tak dużo, choć wiem, że moi rodzice wiele poświecili, nauczyciele wiele dali… Nikt nie dał tyle, co On… Postanawiam się tego kurczowo trzymać… w Nim jest moja nadzieja. A Ty ? z czym się zmagasz? Czy pozwalasz Mu, by Ci pomógł ?

Jeśli walczysz sam… to chce Cię powiedzieć: nie bądź głupcem… pozwól się kochać.  Nie ma lęku, którego On by nie pokonał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że boisz się podjąć ryzyko. On jest mocniejszy… nie rezygnuj z czegoś, dlatego,że osiągnięcie celu wymaga czasu… czas i tak minie, a On będzie trwał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że ktoś wmówił Ci, że to się nie uda… On jest mocną… jest Drogą! Warto zaryzykować… Wiem, co mówię…