4 nad ranem..?

Tęsknota, poczucie, że się coś spieprzyło… że nie tak miało być. Codzienne zmagania, bo w końcu życie to wspinaczka wysokogórska. Przychodzi moment, zatrzymanie, cisza… Głucha cisza, bo nagle nie ma nikogo, a nawet dźwięki gitary nie są kojące… Tęsknota, tęsknota i jeszcze raz tęsknota. Regres… Taka codzienność, którą wielu z nas stara się zagłuszyć. Lęk nabierający tak wielkiego rozmiaru, wręcz nierealnego i ta tęsknota…

Zagłuszamy, nie rozmawiamy, nie pozwalamy sobie przeżywać. Stajemy się dla siebie katem, trucizną, wyrokiem. Umieramy, choć myślimy że żyjemy. Umiera wrażliwość, delikatność, ciepło. Czy tak mus być? Jestem przekonana, że nie. Ty i ja potrzebujemy bliskości… Tylko tak trudno jest kogoś do siebie dopuścić skoro tak wielu ludzi nas zraniło choćby tym,że nie starali się zrozumieć, po prostu machneli na nas ręką. Rodzice, znajomi, nauczyciele… Czasem patrząc na ludzkie twarze, mam wrażenie, że ludzie krzyczą by dać im szansę… Sama wiem, jak trudno o to poprosić, jak trudno poprosić o to by ktoś przytulił, zwłaszcza gdy wpada się znów w fazę depresyjną…

Jednak Ewangelia… Łukasz o tym wyraźnie pisze… Ewangelia pokazuje jasno. Uczniowie w drodze do Emaus. Załamani, zdruzgotani, pozbawienie nadziej… Idą i rozmawiają o tym co się wydarzyło (Łk 24). Chcę Cię dziś zachęcić do tego byś porozmawiał… byś porozmawiała… Ja wiem, jak trudno się otworzyć, jak trudno się przyznać do swojej słabości… Mimo to proszę Cię… Porozmawiaj… Pozwól sobie uwolnić myśli… emocje… pozwól sobie stracić twarz… By móc znów kochać, marzyć, żyć… Nie tylko tęsknić… Pozwól sobie wziąć głęboki oddech. Gwarantuje – to ratuje życie.

perkusista, ukulele i On.

Bywają sytuacje tak zadziwiające, że czasem kompletnie nie chce się nam w to wierzyć. Myślałby kto, że można spotkać ludzi, którzy będą akurat potrzebnie dokładnie w tym miejscu, by wypełnić jakiś Boży zamysł.

Wczoraj poznałam w internetach perkusistę. Porozmawialiśmy sobie dłuższa chwilę o muzyce… On podzielił się swoimi doświadczeniami, ja swoimi. Nawet posłuchał jednego nagrania komentując, że głos mam dobry… Że jak już będę mieć gotowy projekt płyty… to że on ze mną chce nagrywać. Głęboko zaskoczona byłam i chyba wciąż jestem… Myślę sobie: Paulinka zgra na wiolonczeli, Agatkę namówię na drugą gitarę i wokal… Brakuje tylko instrumentu perkusyjnego… no i masz…

Dziś wracając z miasta do mieszkania (zalecenie chodzić codziennie żeby szybciej wrócić do formy po operacji), przechodzę obok muzycznego, myślę: wstąpię, zapytam o ukulele…”Przypadkiem” w sklepie był mężczyzna grający od lat na ukulele (nie był to sprzedawca), który odpowiedział na wszystkie moje wątpliwości…

Jeśli Boże w ten sposób upominasz się o moją muzykę, to ok… Odbieram te znaki! Polecam otworzyć szeroko oczy i serce, bo nie wiesz co Cię czeka… być może, ktoś wyjątkowy stanie dziś na Twojej drodze?

samotność nie dla wszystkich?

Pod koniec rozmowy z M. usłyszałam, że nie rozumie, jak to możliwe, że otacza mnie tylu ludzi, mam tak liczną rodzinę… a jestem samotna. Nie słyszałam chyba nigdy tak gorzkich słów nigdy w życiu. Gorzkich, jak zioła, które mają leczyć. Tak, to prawda, że prawda uzdrawia… Zwłaszcza ta, która jest, jak skalpel rozcinający starą zaropiałą ranę.

Jakiś czas temu zakochałam się we wspaniałym mężczyźnie… Człowiek wyjątkowy. Dobry, ciepły, uczciwy, potrafiący docenić moją wartość… a jednak nic z tego nie wyszło. Bardzo bolesne doświadczenie… bo to o czym marzę najbardziej, to być jednym z tym, który będzie chciał być jednym ze mną. O niczym innym nie marzę tak bardziej, jak o jedności małżeńskiej… To niepowodzenie wciąż jest bolesnym doświadczeniem, ale dziś odsłania mi się inny aspekt…

Trzeba umieć doświadczać samotności, by móc doświadczyć jedności. Przestałam wierzyć mężczyzną, bardzo trudno znów zaufać… Dziś oddaje to Mojemu Ojcu Niebieskiemu… ale przez ręce mojej Mamy…Tej, która pierwsza zgodziła się na ogromne cierpienie samotności, po utracie tego najcenniejszego… Trzeba umieć doświadczać samotności… to znaczy potrafić być ze sobą sam na sam. Dziś do mnie dotarło… że to nie jest przypadek, że mieszkam sama… że to jest czas odkrywania Prawdy. Prawdy o tym, jak złe mam zdanie o sobie… Jak bardzo nie potrafię widzieć w sobie tego, co Dobry Bóg złożył w moje serce… Poczucie bycia gorszą… W nocy do mnie dotarło… bardzo trudne i bolesne doświadczenia z dzieciństwa… czas,w którym nie potrafiłam się obronić, dziś sprawiają, że nie potrafię widzieć swojej wartości. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, że to czas przebaczenia… Ale przebaczenia nie tylko tym, którzy mnie ranili, ale także sobie tego, że nie umiałam się obronić… Że moja wrodzona nadwrażliwość nie potrafiła być skałą. Żeby potrafić doświadczać samotności, trzeba kochać siebie naprawdę. Kochać siebie w całości Jego Miłością. By zgodzić się z samotnością trzeba potrafić ją przyjąć nie jako przekleństwo, ale jako czas błogosławieństwa… Czas przebywania we własnym Ogrójcu… Dokładnie tak, jak robił to On… Jezus przed męką, śmiercią… Ale także Zmartwychwstaniem.

Myślę… nie wierzę, że On jest ze mną w każdym momencie… Wierzę, że chociaż nie mógł zatrzymać moich oprawców… to dziś przychodzi z uzdrowieniem… Swoją Miłością oczyszcza moje rany… Pozwala przebaczać… poznawać Prawdę… Prawdę o sobie. Prawdę, którą wypowiadają również inni ludzie, a ja nie umiałam tego przyjąć. Prawdę o tym,że jestem piękna, kobieca, ciepła, wrażliwa, czuła… nie tylko inteligentna, bystra i przedsiębiorcza.

Dzięki Ci Panie, za Prawdę, którą tak subtelnie dotykasz mojej duszy. Dzięki Ci, że stwarzasz na nowo… Panie niech przychodzi Twoje Królestwo byśmy mogli żyć w pełni Twojej chwały i mocy. Twoja jest chwała, Twoje Królestwo, Twoja jest Moc! Dzięki Ci Panie, za Twoją samotność w ogrodzie Getsemani, dzięki której ja mogę doświadczać Twojej obecności.

po długiej przewie…

Minął ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu… wiele rzeczy się wydarzyło… Praca nad sobą, bardzo intensywna…  Trwa już od kilku miesięcy i też dlatego na blogu pojawia się mniej wpisów… ale ten ostatni czas był szczególny…

Moje złamane serce… Rozczarowanie. Potem zmiana pracy… Operacja… Przyszedł czas żeby spróbować się poskładać, albo może pozwolić się rozsypać do konca, by to On zaczął na nowo stwarzać mnie… Nie wiem, czy doświadczasz czasem takiego stanu… stanu rozpadu siebie… sypię się wszystko i kiedy myślisz, że gorzej już nie będzie, właśnie wtedy coś jeszcze… Dla mnie czymś takim była operacja, której się teraz nie spodziewałam… Wiedziałam, że nastąpi… ale przecież plany miałam inne… Zawsze kiedy coś zaplanuje, to po prostu się nie udaje.

Dziś chcę tylko postanowić, że znów zacznę pisać… to nie jest łatwe, bo blog jednak ma bardzo osobisty wymiar… jednak chce powiedzieć, że będę się starać… Sama sobie to obiecuje… Czeka mnie teraz walka… okrutnie ciężka walka o harmonie, miłość, akceptację… Dziś znów uświadomiłam sobie, że nie jestem sama… że jest szansa… że On jest mocniejszy.

On, który mnie odkupił, zapłacił za to swoją krwią… Nikt nie zrobił dla mnie tak dużo, choć wiem, że moi rodzice wiele poświecili, nauczyciele wiele dali… Nikt nie dał tyle, co On… Postanawiam się tego kurczowo trzymać… w Nim jest moja nadzieja. A Ty ? z czym się zmagasz? Czy pozwalasz Mu, by Ci pomógł ?

Jeśli walczysz sam… to chce Cię powiedzieć: nie bądź głupcem… pozwól się kochać.  Nie ma lęku, którego On by nie pokonał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że boisz się podjąć ryzyko. On jest mocniejszy… nie rezygnuj z czegoś, dlatego,że osiągnięcie celu wymaga czasu… czas i tak minie, a On będzie trwał… Nie rezygnuj z czegoś tylko dlatego, że ktoś wmówił Ci, że to się nie uda… On jest mocną… jest Drogą! Warto zaryzykować… Wiem, co mówię…

ile razy?

Zastanawiam się dziś ile razy należy przebaczać… ile razy należy dopuścić popełniony błąd, wyrządzoną krzywdę, słowo, które zraniło, spojrzenie, które odebrało godność, myśli i intencje, które zabijały… Ile razy przebaczyć winowajcy…

Ewangelia mówi, że nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy… Ok, mogę wybaczać nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy komuś… a co, gdy przebaczyć muszę sobie? Ile razy mam wybaczać sobie?

Większość z nas jest najbardziej wymagająca wobec siebie samych… stawiamy sobie bardzo wysokie poprzeczki, wyznaczamy cele, zasady schematy… trzymamy się reguł, wizji… Przychodzi jednak taki moment, że kolejny raz zawodzimy samych siebie dokładnie w taki sam sposób jak zwykle… I co wtedy?

Myślę, że najtrudniej jest wybaczać sobie samemu. Tak dobrze znamy mechanizmy, jakie w nas zadziałały w danym momencie… intencje, myśli… czasem nawet tą walkę jaka się w nas toczyła… poczucie przegranej, jest czymś strasznym… jest czymś, co dobiera w pewien sposób nadzieje. Ale czy naprawdę kończy wszystko ?

Nie siedem a siedemdziesiąt siedem razy oznacza, że Ty i ja winni jesteśmy samym sobie nieskończone przebaczenie dlatego, że jeśli nie będziemy potrafić kochać siebie i sobie przebaczać, nigdy nie będziemy potrafili robić tego względem innych ludzi. Masz prawo czuć smutek – ale smutek nie obiera Ci możliwości przebaczenia; masz prawo czuć się sobą rozczarowany, ale to nie może przysłonić Ci miłosierdzia względem siebie.

Kochaj siebie, bądź dla siebie dobry, szanuj się i ucz tego, że jesteś najlepszą wersją siebie! Nie ma rzeczy niemożliwych… ale każda m swój czas i swoje miejsce, dlatego bądź dla siebie cierpliwy… Wiem, co mówię, bo ciągle uczę się być dla siebie dobra… Czasem jest to bardzo trudne, ale dziś kiedy czuje się zupełnie bezsilna i słaba wiem, jak bardzo tego wszystkiego potrzebuję. Daje Ci gwarancje, że takie podejście zmienia wszystko… Kochaj siebie, nawet jeśli inni tego nie robią…

wysuszone myśli.

Jeśli choć raz doświadczyłeś tęsknoty, zrozumiesz o czym dziś piszę…

Od jakiegoś czasu wzbiera we mnie ogromna tęsknota za tym, by być w bliskiej damsko męskiej relacji. Tak naprawdę nie umiem jej określić słowami, nie da się opowiedzieć o tym wielkim pragnieniu, które jest jak pustynia pragnąca wody… Kiedy zaspiasz i czujesz już nawet w fizyczny sposób tą tęsknotę, budzisz się a ona wciąż jest… tęsknota za ciepłem głosu, dotyku, spojrzenia. Tęsknota, która jest tak przenikliwa, że przygasza wszystkie dobre rzeczy, które się dzieją… Niby jest w moim życiu radość bo nadchodzą zmiany… Bo nowa praca. A jednak ta tęsknota jest tak wielka… tak ogromna… że reszta po prostu blaknie.

Tak naprawdę każdy z nas za czymś tęskni… Każdy… Co robisz z tą tęsknotą? Czasem jest tak, że tęsknota staje się czymś destrukcyjnym… pojawiają się myśli pełne kłamstwa i oskarżenia… bo gdybyś nie był taki… To chyba najgorsze z możliwych, gdy tęsknota zaczyna niszczyć… Czy jest jakieś rozwiązanie na tą sytuację ?

Bóg jest Wszechmogący, więc może zmienić wszystko, ale konieczne jest byśmy sami podejmowali walkę z tym. Jaką ? Tak naprawdę nie wiem. Ja stosuję dwie rzeczy: 1. odcinanie się od myśli i nie puszczanie ich  wodzy, 2. nazywanie tego co się dzieje we mnie i oddawanie tego Bogu. Ta walka jest trudna, ale wiem, że nie podejmując jej, jestem skazana na większy ból. Wiem, że Bóg potrafi zaspokoić każdą tęsknotę i pokonać w nas każdy lęk, konieczne jest jednak, abyśmy zaczęli z Nim wreszcie współpracować. Może to odpowiednie wyzwanie na Wielki Post ?

układanka…

Dziś czuję, że żadne z moich marzeń nie jest na wyciągnięcie ręki. Dziś czuje, że w pewien sposób moje serce zostało złamane przeze mnie samą, przez nadzieje, która okazała się tylko wytworem mojego spragnionego serca i umysłu. Dziś czuję, że jestem zupełnie bez siły, że znów moje plany legły w gruzach…

Wiesz, co ? Chwała Panu, że legły w gruzach. Chwała Panu, że dziś też nie jest tak, jak ja sobie to wymyśliłam. Choć to boli, choć to jest po prostu trudne… to dzięki Ci Panie, że nie realizuje się mój plan, bo może w końcu nauczę się cieszyć tym, co było dobre, a nie skupiać się na tym, co nie poszło po mojej myśli. Dzięki Ci Panie, że Ty już wiesz, co jest za zakrętem i masz dla mnie przygotowane o wiele więcej niż mogłam sobie wyobrazić. Dzięki Ci za każdy kryzys, smutek, ból, cierpienie, które mnie uczą być bliżej Ciebie.

Dzięki Ci, że znów uzdrawiasz moją duszę muzyką… może to ucieczka, a może to wyjście ewakuacyjne, nie wiem, ale wiem, że ta muzyka koi mój smutek, rozczarowanie, żal.. Muzyka dziś mnie otula, wypełnia, emanuje we mnie to, co czuje serce, a czego nie jest w stanie wyrazić.

Jeśli masz ochotę posłuchać:

Do operacji 6 miesięcy… może to 6 miesięcy wyzwania… na pewno temperowania mojego temperamentu… jeśli modlisz się czasem, to proszę pamiętaj o mnie… tylko tyle bym pozwoliła się prowadzić.

baszta…

Tak się zastanawiam, ilu z nas ma świadomość, jakie mechanizmy obronne w nas działają. Jak radzimy sobie ze stresem…Jak radzimy sobie ze złymi doświadczeniami… I czy owe mechanizmy obronne są rzeczywiście obronnymi, czy przypadkiem nie stają się czymś, co zabiera wolność…

Sama nie wiem, jak to wszystko zebrać w całość, ale od jakiegoś czasu pracuje we mnie ten temat. Niby mechanizmy obronne, a po latach okazuje się, że to coś, co bardzo często okazuje się być destrukcyjne. Niby stawiamy w okół siebie mury obronne, a w rzeczywistości zamykamy się w „lochach zamczyska” naszych lęków. Zranienia, niepowodzenia, porażki, których wciąż nie wybaczyliśmy sobie stają często takim więzieniem dla człowieka. Bo czasem łatwiej jest nie dać sobie czasem szansy… Bo przecież to i tak nic nie zmieni…

A jednak… co powie na to Biblia:

” Wołam do Ciebie
z krańców ziemi,
gdy słabnie moje serce:
na skałę zbyt dla mnie wysoką
wprowadź mnie,
bo Ty jesteś dla mnie obroną,
wieżą warowną przeciwko wrogowi” Ps 61, 3-4

Może warto pozwolić sobie, by to On wprowadzał nas na górę zbyt wysoką? Bo może tylko w ten sposób mogę zobaczyć, że tkwię we własnym więzieniu? Kiedy słabnie moje serce, pojawiają się we mnie różne myśli i słowa… najpierw zniechęcenie, potem próba racjonalizowania, potem rezygnacja, aż  w końcu agresja względem siebie. Dlaczego? Bo słabość dla mnie jest najgorszym możliwym stanem. A dziś czuje się okropnie słaba… od tygodnia siedzę chora w domu… od tygodnia żyje sama ze sobą, choć od czasu do czasu ktoś do mnie zajrzy… Od tygodnia przyglądam się sobie i widzę, że moje „mechanizmy obronne” od wielu lat skazują mnie na samotność… Dlatego dziś modlę się, by to On wyprowadził mnie na skalę zbyt wysoką dla mnie. Bo tylko z Nim jestem w stanie ją osiągnąć i tylko z Nim jestem w stanie wyjść z mojej twierdzy, więzienia, zamknięcia. Przede mną trudna droga… obym tylko pozwoliła się poprowadzić, Tobie też tego życzę.

wystarczy?

Minął prawie miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Tak naprawdę wiele się wydarzyło, ale tylko maleńką cząstką mogę się dzielić. Tak się dzieje, gdy serce nie współgra z rozumiem, a przynajmniej nie zawsze tak robi.

Ostatni miesiąc pokazał mi, że tak naprawdę nie ma takiej przestrzeni w życiu człowieka, której nie możemy nadawać nowego kształtu. Relacje, poczucie wartości, pasja, życie… Wszystko to, z czego składa się moja i Twoja codzienność, jest tak niesamowicie elastyczne. Czasem tylko wydaje się nam, że nic nie możemy zrobić.

No właśnie, czasem się nam wydaje. Kiedy przyłożysz ucho do serca drugiego człowieka, to wtedy naprawdę możesz usłyszeć jego bicie. Ten dźwięk, który zdradza uczucia, emocje, myśli… drżenie, które jest oznaką niepewności, bo każdy z nas jej doświadcza. Ja doświadczam jej bardzo dużo, a może życie w ostatnim czasie to pasmo lęków, niepokoju, obaw, trosk i zmartwień. O to, jak będzie, co się wydarzy,czy dam radę… Mam wrażenie, że idę na wojnę… Może dlatego zupełnie nie przypadkiem trafiam na Ps 37,5 ? Zachęcam Cię otwórz Biblie i sam przeczytaj, niech będzie to krok do zmiany…

Ufam Ci… nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę… to wystarczy… prawda?

inny kształt serca…

Może powinnam dziś napisać ode do nadwrażliwych… może wtedy znalazłabym odbiorców, którzy zrozumieją… Bo cóż znaczy inny kształt serca, skoro wszyscy wiemy, ja wygląda serce… Nie trzeba do tego studiować anatomii…

A może dziś w tym świecie na nowo musimy poznawać kształt serca, ale nie ten fizyczny, tylko ten duchowy, emocjonalny, uczuciowy… Po to byśmy mogli na nowo zacząć żyć, jako wolni i mocni w duchu ludzie bez ograniczeń?

Dziś moje serce zniekształca smutek i niezgoda. Wynikają one z wielu źródeł, ale spotykają się w jednym miejscu. W moim nadwrażliwym sercu. Dziś czuję się źle, ponieważ nie ma we mnie zgody na niesprawiedliwość ludzką, która nie wynika z niewiedzy… Ale jest całkowicie świadomym i dobrowolnym działaniem. Nie ma we mnie zgody na kłamstwa tego świata, nie ma we mnie zgody na zło… Wiem, zło dobrem zwyciężaj… tylko jak? Jak to czynić, kiedy ciągle wierzysz w to, że ludzie mogą się zmienić.

Usłyszałam wczoraj: „jak masz miękkie serce, to musisz mieć twarde… co innego”. Pytanie czy tak naprawdę musi być? Po ludzku tak, inaczej ludzie nas zgniotą, doprowadzą do śmierci… W takim razie jak być twardym nie pozwalając by serce stwardniało?

Jest taki fragment w Biblii: Pan moim światłem i Zbawieniem moim, kogóż miałbym się lękać?, Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę? (Ps 27;1)

Kiedy przyjmujesz takie słowo, jako prawdę, wtedy nie musisz się obawiać, że chcąc być „twardym” dla świata, stajesz się również wewnętrznie skamieniałym. Być może jest tak, że zwłaszcza my Nadwrażliwi, których serca mają inny kształt, potrzebujemy, by był Ktoś, kto wypełni nierówności, załata dziury i nie pozwoli skamienieć?

Dziś rano przeczytałam o śmierci młodej wolontariuszki Heleny. Posługiwała w Boliwii… być może wiedziała, że to nie jest łatwa praca, a jednak zdecydował się tam być. W życiu chyba właśnie o to chodzi, by kochać życie, bo wtedy łatwiej jest żyć, bo w miłości nie ma lęku. A kiedy żyję z tą świadomością, to nawet inny kształt serca zamiast być wadą, staje się zaletą. To co piękne spotyka nas znienacka. To co dobre, długo w nas kiełkuje. Po to byśmy mogli dawać życie na różne sposoby. By móc się zaopiekować słabszym, dać nadzieje wątpiącym, pocieszyć strapionych… Mamy wielkie zadanie przed sobą, zwłaszcza my… Nadwrażliwi o innym kształcie serca…

Heleno dla Ciebie dziś…